Przejdź do głównej zawartości

Ni pies, ni wydra, czyli "Dziewczyna, którą kochały pioruny"

Jennifer Bosworth, Dziewczyną, którą kochały pioruny

Książka przyciąga okładką i reklamą, jakoby miałaby być podobna do bestsellerowej trylogii "Igrzyska śmierci" czy "Niezgodnej". Reklama była przereklamowana.

Pomysł ciekawy na powieść z pogranicza science-fiction, ale nie jest dość dobrze zrealizowany. Zabrakło tej fabule... Iskry. O co chodzi? Tytułowa Dziewczyna, Mia Price, kumuluje w swoim ciele energię elektryczną, ściągającą pioruny. Innymi słowy - siedemnastoletnia Mia jest chodzącym piorunochronem. I postrachem rodzinnego miasteczka, zwłaszcza po incydentach, których była przyczyną. Rodzina wyprowadza się do Los Angeles, miasta, w którym ponoć nigdy nie pada, ale w niedługim czasie, na Miasto Aniołów spada potworna burza, powodująca trzęsienie ziemi. Klęska, śmierć, chaos, sekty, degeneracja wśród ludzi - typowe skutki pokatastrofalne. Ale Mia musi zmierzyć się z innymi problemami - depresją u matki, bohaterskością młodszego brata i przepowiednią fałszywego proroka. Jest jeszcze tajemniczy chłopak w okularach Clarcka Kenta.

Coś w tym wszystkim jest niedograne. Po pierwsze na Mię spadają wszystkie problemy świata. To już podnosi czujność. Bohater z problemem, owszem, gwarantuje sukces czytelniczy, ale jeśli dopada go całe zło świata? Trąci to ignorancją podstawowej zasady fabularności - mimetyzmu, czyli prawdopodobieństwa. Dalszym zgrzytem jest telewizja, internet w świecie pogrążonym w kryzysie. A co z resztą świata? Dlaczego nikt nie pomaga Los Angeles?
Mia jest również słabym ogniwem powieści. Jest zarazem narratorką, tylko że jej narracją przypomina z jednej strony wywlekanie wszystkich kompleksów, traum podczas psychoanalizy, z drugiej strony pełna jest filmowych chwytów. Mówiąc wprost - przegadana, dopowiedziana, przewidywalna. Bohater z tajemnicami intryguje. Bohater obnażający się z wszelkich lęków, tłumaczący się z poczynań, myśli, komentujący innych - irytuje. Język narracji też kuleje. Może jest to wina tłumaczenia?

Po trzecie fabuła jest konglomeratem różnych wypróbowanych tricków, bo czego tu nie brak... Jest wyjątkowa dziewczyna z problemami, jest katastrofa bliska apokalipsie, jest prorok co prawda fałszywy, jest grupka tych, których prorok nie przechytrzy, jest załamana matka, jest chłopak obdarzony zdolnością wpływania na przyszłość, ale jej nie wykorzystuje na czas, więc próbuje się zrehabilitować i zakochuje się w swojej ofierze. Za dużo tego, a za mało w tym sensacji, nowatorstwa, głębi. Dochodzą do tego wizje. Dlaczego zawsze się spełniają? Szkoda.

Bo czy książka dokłada coś nowego do tego, co już znane? Myślą przewodnią powieści było (chyba) poświęcenie się dla innych. Mia żyje dla swojej matki i brata, pomaga im jakoś przetrwać w Los Angeles - Sodomie i Gomorze z przyszłości, ale że jest nieufna (lub nieudaczna) boryka się z różnymi przeszkodami. Ostatecznie dziewczyna zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie, z którym nota bene cały czas próbowała walczyć, wstydząc się własnych możliwości. Ale jakże daleko jej do irytującej (i przez to prawdziwej) Katniss i dopracowanego świata z "Niezgodnej"... Jak bardzo daleko prorokowi do prezydenta Snowa i jaka przepaść dzieli manipulację z "Igrzysk.." do manipulacji z powieści Bosworth... Szkoda, potencjał powieści niewykorzystany, brak tu Iskry, o której tyle było na kartach powieści.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sienkiewicz - celebryta i pięć razy Maria

Henryk Sienkiewicz zawsze podobał się kobietom i on wybierał te szczególnie piękne i urocze. Pierwszą była Maria Keller, z którą już prawie miał się ożenić, gdyby nie zbytnia szczerość w listach. Niepotrzebnie Sienkiewicz użalał się bogatej narzeczonej, że skąpi sobie w uzdrowisku w Ostendzie. Rodzice Kellerówny obawiali się, że przyszły zięć - bez porządnego fachu - nie zdoła utrzymać córki. Więc dostał pierwszego kosza. Po powrocie z Ameryki Sienkiewicz nie umiał usiedzieć na miejscu. Warszawa mu obrzydła, a ponieważ końskim zdrowiem też się nie cieszył, miał usprawiedliwienie. We Włoszech - druga ojczyzna - spotkał rodzinę Szetkiewiczów z córką Marią. Podchody trwały około roku. Obawy rodziców te same - brak stałej posady, brak pieniędzy. Pomocni okazali się przyjaciele, zwłaszcza Godlewscy, którzy „wychodzili” Sienkiewiczowi piękną i uroczą żonę. Małżonkowie uzupełniali się idealnie, rozumieli się wspaniale. Marynia, która też przejawiała talenty literackie, była surow...

Siostrzana miłość w baśniowej scenerii i legendarnym czasie

Juliusz Słowacki, Balladyna Jak zachęcić uczniów do czytania tekstów kompletnie im obcych? Zwłaszcza tak zawiłych jak "Balladyna" Słowackiego... Sprawa wydaje się z góry przegrana, ale... "Balladyna" jest dobrym przykładem literatury fantastycznej (tak jest!), a także dotyczy problemu siostrzanej miłości/zazdrości. Ta uczennica, która ma siostrę, "Balladynę" powinna dobrze zrozumieć. Utwór ten napisał Juliusz Słowacki, autor dość trudnych liryków, poematów, dramatów. Trudność ta polega głównie na zawiłym języku naszpikowanym metaforami, symbolami, dowcipem, który w obecnych czasach nie musi być koniecznie zrozumiały. Niemniej, "Balladynę" - jeśli przerobi się ją na współczesny grunt - zaczyna się doceniać, zwłaszcza za wykreowanie głównej bohaterki, nie do końca typowego szwarccharakteru. Od czego zacząć? Słowacki, swoją wielką tragedię, stanowiącą część kronik historycznych Polski, umieszcza w odległych czasach. Tropem jest obecno...

„Teatr Niewidzialnych Dzieci” Marcina Szczygielskiego – uwielbiam!

Pora na polską twórczość. Przyznaję się od razu, że powieści pana Marcina nigdy nie przypadły mi do gustu, ale wiem, że dzieci je czytają. Zachwycały się zawsze „Czarnym Młynem”. To kupiłam „Teatr Niewidzialnych Dzieci”, bo spodobał mi się tytuł i nie wiem dlaczego, po „Arce czasu” wydawało mi się, że to też jest o II wojnie światowej (?). Rozczarowałam się, podwójnie.   Marcin Szczygielski, Teatr Niewidzialnych Dzieci   Rozczarowałam się naprawdę, ponieważ sięgnęłam po książkę z przekonaniem, że szybko przeczytam, bez ekscytacji, i wrócę do innej, lepszej według mnie, literatury. Tymczasem powieść naprawdę miło mnie zaskoczyła. Książka składa się z genialnie wykrojonych postaci, może dlatego, że są one z czasów bliskich autorowi, więc „przyłożył się” do ich stworzenia. Realia powieści są również bliskie mi osobiście, co prawda, nie jestem dzieckiem stanu wojennego, ale relikty PRL-u doskonale pamiętam, nawet z pewnym sentymentem, jak syrenki, kombinezony ortalionowe...