Przejdź do głównej zawartości

O chłopcu, który pożerał...

O czym bibliotekarz szkolny może rozmawiać z pierwszakami? O książkach? Ale jak, jeśli pierwszaki nie potrafią samodzielnie czytać?! W każdym razie może wyjść z tego krótka dyskusyjka. O bibliotece? Podobnie, ale tu skoncentrujmy się na szanowaniu książek. Chociaż... a gdyby tak uczyć szacunku na odwrót... przez antyprzykład? Dzięki Bogu są i takie książki, jak...

O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki

Krótka i zabawnie ilustrowana książeczka powinna zajmować ważne miejsce na półkach szkolnej biblioteki. Nie tylko daje ciekawe pomysły na realizacje lekcji bibliotecznych - jeśli z nadgorliwością bibliotekarz chce je realizować, ale także przez zabawną i absurdalną historyjkę uczy dzieci szacunku do książek i do wiedzy.

Henio, ulubieniec moich pierwszaków, które naprawdę z zapartym tchem śledziły losy chłopca, pożerał książki, ponieważ czuł się dzięki nim mądrzejszy. Ale dieta "książkowa" nie mogła trwać wiecznie, bo ileż tej wiedzy można przyjąć? Mózg ludzki w końcu nie okazał się gąbką ani kieszenią bez dna. Henio zaczął odczuwać bolesne skutki łapczywego pożerania książek. Ale przemyślał swój błąd. Zamiast połykania atlasów, słowników, encyklopedii - chyba najbardziej ciężkostrawnych "dań", opowiadań, bajek i baśni, Henio zaczął te książki czytać. Słowo po słowie, strona po stronie, książka po... no właśnie. W każdym zajęciu należy znaleźć umiar. Co za dużo to nie zdrowo! Przecież trzeba znaleźć czas na refleksje, przemyślenia, dyskusje. Henio odkrył również, że wiedza rośnie wprost proporcjonalnie do czytania książek. Ale nie spieszył się już tak z uskutecznianiem nowego hobby.

Książka dotyka kilku problemów: od nadmiernego czytania, bez sensu, bez składu, przez brak szacunku do książek i innych czytelników, do zdobywania wiedzy. Opowieść o Heniu wabi dzieci sukcesem, byciem mądrym - to dobry sposób: zapuszczanie kija z marchewką. Sprawdziłam: po przeczytaniu historyjki więcej, jeśli nie wszystkie, dzieci zgłosiły się, że czytają książki niż kiedy pytałam je wcześniej;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sienkiewicz - celebryta i pięć razy Maria

Henryk Sienkiewicz zawsze podobał się kobietom i on wybierał te szczególnie piękne i urocze. Pierwszą była Maria Keller, z którą już prawie miał się ożenić, gdyby nie zbytnia szczerość w listach. Niepotrzebnie Sienkiewicz użalał się bogatej narzeczonej, że skąpi sobie w uzdrowisku w Ostendzie. Rodzice Kellerówny obawiali się, że przyszły zięć - bez porządnego fachu - nie zdoła utrzymać córki. Więc dostał pierwszego kosza. Po powrocie z Ameryki Sienkiewicz nie umiał usiedzieć na miejscu. Warszawa mu obrzydła, a ponieważ końskim zdrowiem też się nie cieszył, miał usprawiedliwienie. We Włoszech - druga ojczyzna - spotkał rodzinę Szetkiewiczów z córką Marią. Podchody trwały około roku. Obawy rodziców te same - brak stałej posady, brak pieniędzy. Pomocni okazali się przyjaciele, zwłaszcza Godlewscy, którzy „wychodzili” Sienkiewiczowi piękną i uroczą żonę. Małżonkowie uzupełniali się idealnie, rozumieli się wspaniale. Marynia, która też przejawiała talenty literackie, była surow...

Siostrzana miłość w baśniowej scenerii i legendarnym czasie

Juliusz Słowacki, Balladyna Jak zachęcić uczniów do czytania tekstów kompletnie im obcych? Zwłaszcza tak zawiłych jak "Balladyna" Słowackiego... Sprawa wydaje się z góry przegrana, ale... "Balladyna" jest dobrym przykładem literatury fantastycznej (tak jest!), a także dotyczy problemu siostrzanej miłości/zazdrości. Ta uczennica, która ma siostrę, "Balladynę" powinna dobrze zrozumieć. Utwór ten napisał Juliusz Słowacki, autor dość trudnych liryków, poematów, dramatów. Trudność ta polega głównie na zawiłym języku naszpikowanym metaforami, symbolami, dowcipem, który w obecnych czasach nie musi być koniecznie zrozumiały. Niemniej, "Balladynę" - jeśli przerobi się ją na współczesny grunt - zaczyna się doceniać, zwłaszcza za wykreowanie głównej bohaterki, nie do końca typowego szwarccharakteru. Od czego zacząć? Słowacki, swoją wielką tragedię, stanowiącą część kronik historycznych Polski, umieszcza w odległych czasach. Tropem jest obecno...

„Teatr Niewidzialnych Dzieci” Marcina Szczygielskiego – uwielbiam!

Pora na polską twórczość. Przyznaję się od razu, że powieści pana Marcina nigdy nie przypadły mi do gustu, ale wiem, że dzieci je czytają. Zachwycały się zawsze „Czarnym Młynem”. To kupiłam „Teatr Niewidzialnych Dzieci”, bo spodobał mi się tytuł i nie wiem dlaczego, po „Arce czasu” wydawało mi się, że to też jest o II wojnie światowej (?). Rozczarowałam się, podwójnie.   Marcin Szczygielski, Teatr Niewidzialnych Dzieci   Rozczarowałam się naprawdę, ponieważ sięgnęłam po książkę z przekonaniem, że szybko przeczytam, bez ekscytacji, i wrócę do innej, lepszej według mnie, literatury. Tymczasem powieść naprawdę miło mnie zaskoczyła. Książka składa się z genialnie wykrojonych postaci, może dlatego, że są one z czasów bliskich autorowi, więc „przyłożył się” do ich stworzenia. Realia powieści są również bliskie mi osobiście, co prawda, nie jestem dzieckiem stanu wojennego, ale relikty PRL-u doskonale pamiętam, nawet z pewnym sentymentem, jak syrenki, kombinezony ortalionowe...